Nieidealna mama, nieidealny tata

Ile razy, zanim w Twoim życiu pojawiło się dziecko, obserwując obce maluchy pomyślałaś/-eś: “Moje dziecko na pewno nie będzie się tak zachowywać”?

Ile razy w swoim życiu mówiłłaś/-eś: “Na pewno nie będę taka/i jak moja mama/mój tato”?

Ile razy obiecywałaś/-eś sobie, że nie będziesz krzyczeć, karać, grozić, szantażować, itp.?

 

I co? Udało Ci się? Jeśli tak, to cudownie! Należą Ci się ogromne gratulacje i podziw. Jeśli nie – witaj w gronie rodziców nieidealnych. Rodziców, którzy ciągle zadręczają się wyrzutami sumienia. Ja też do nich należę. Tak łatwo jest planować swoje rodzicielstwo, dopóki dzieci faktycznie nie pojawią się w tym naszym życiu.

Na początku jest stosunkowo prosto: nakarmić, ululać, zmienić pieluszkę/ubranko. Choć wiadomo, że są dzieci, które wymagają więcej i bardziej (tzw. High Need Babies – ten temat wyczerpująco omawia Magdalena Komsta na blogu wymagajace.pl). Są też dorośli, którym trudno jest dostosować swoje życie do nowej sytuacji. Tacy, którzy z utęsknieniem czekają kiedy ich życie znów wróci do normy. A ono nie wraca, bo teraz właśnie tak wygląda ich “nowa norma”. Dla wielu może być to bardzo frustrujące.

Jednak moje doświadczenie jest takie, że im dalej, tym trudniej. Bo już nie wystarczy zadbanie o podstawowe potrzeby. Bo nasze maleństwo dowiaduje się w końcu, że jest oddzielnym bytem, że może mieć swoje zdanie, że ma określony temperament, że musi walczyć o swoją autonomię, itd. Zaczynają się negocjacje, wszechobecne “nie!” i intensywne próby zaspokojenia swoich potrzeb. Mówi się, że prawdziwe rodzicielstwo bliskości zaczyna się w okolicach tzw. “buntu dwulatka”. Ja bym powiedziała, że to tylko rozgrzewka, a prawdziwe rodzicielstwo bliskości zaczyna się w okolicach czwartego roku życia. I na razie na tym etapie się zatrzymałam. Niewykluczone, że moje zdanie na ten temat jeszcze się zmieni….Bo przecież czeka nas jeszcze dojrzewanie naszych pociech 😉

 

Bycie rodzicem jest naprawdę trudne. Niby instynktownie powinniśmy wiedzieć, co dla naszych dzieci jest najlepsze. Niby wiedza na temat wychowania i rozwoju dzieci jest teraz rozległa i powszechnie dostępna. Ale po pierwsze nasz instynkt może zostać zagłuszony przez nasze doświadczenia związane z wychowywaniem dzieci – mam tu na myśli i to jak sami byliśmy wychowywani, i to jakich przykładów wychowywania dzieci byliśmy świadkami przez całe swoje dotychczasowe życie. Często nie potrafimy już odróżnić co jest naszym działaniem instynktownym, a co tym wyuczonym, doświadczonym i zaobserwowanym. Niestety wtedy, gdy jesteśmy w silnych emocjach, najczęściej powtarzamy schematy zachowań, które bardzo dobrze znamy. Automatycznie powtarzamy słowa, które sami słyszeliśmy w dzieciństwie, włącza nam się z tyłu głowy “płyta” z nagranymi radami otoczenia np.: “musisz mu pokazać kto tu rządzi”, “jak raz ustąpisz, to dziecko będzie cię wykorzystywać” itp. Wtedy nawet jeśli mamy dużą wiedzę o rozwoju dzieci, plan na to jakie relacje chcemy z nimi budować, jakich zachowań absolutnie nie chcemy powielać, trudno jest się zatrzymać i zareagować tak, jak rzeczywiście byśmy chcieli. I wtedy dopadają nas wyrzuty sumienia. Czujemy się ze sobą źle, czujemy, że zawiedliśmy swoje dzieci, że zamiast uczyć ich lepszego podejścia do ludzi, których kochamy, znów przekazujemy dalej te przykre, utarte schematy wychowania opartego na władzy, a nie na więzi.

Ale STOP! Nie ma sensu złościć się na siebie i nakręcać poczucia winy. Nie ma sensu dobijać się myślami, że jesteśmy złymi rodzicami. Przecież nie jesteśmy robotami tylko ludźmi! Czasami po prostu popełniamy błędy, mamy do nich prawo. Zamiast “biczować” się, lepiej zastanówmy się co następnym razem możemy zrobić lepiej. Pomyślmy jak rozegrać tę sytuację w zgodzie ze swoim sumieniem i ze swoim planem na wychowanie. I spróbujmy wynagrodzić bliskim przykrości, których od nas doświadczyli. To też bardzo dużo uczy nasze dzieci. Rodzicielska gotowość do przyznania się do winy, do przeproszenia i zadośćuczynienia jest dla dziecka darem – może wtedy poczuć się ważne, szanowane, kochane, a jednocześnie uczy się strategii, których samo będzie mogło użyć, gdy i jemu “puszczą nerwy”.

 

“Dzieci nie potrzebują doskonałych rodziców, ale autentycznych ludzi z krwi i kości, którzy może nie wiedzą wszystkiego, ale są za to stale gotowi żeby się rozwijać”

Jesper Juul.

Teraz, gdy w moim życiu pojawiło się drugie dziecko, widzę jak trudno jest pogodzić swoje wyobrażenia o byciu mamą, z realiami codzienności. Często miotam się pomiędzy potrzebami wszystkich członków naszej rodziny. Często starając się zaspokoić potrzeby innych, zapominam o swoich. I wtedy dopiero “się dzieje”! Chciałabym w tym miejscu posłużyć się metaforą “kubeczka”. Mówi ona o tym, że zachowujemy się “dobrze” tylko wtedy, gdy czujemy się dobrze. Gdy nasze potrzeby są zaspokojone, gdy czujemy się kochani, szanowani, doceniani przez bliskie osoby, gdy doświadczamy choćby drobnych przyjemności, gdy mamy możliwość odpoczynku i regeneracji, wtedy mamy zasoby, które pozwalają nam dać innym coś od siebie. W kontekście tej metafory, gdy ja sama ledwo zipię i ostatkiem sił staram się dotrwać do wieczora, moje możliwości empatii, zrozumienia, okazania wsparcia są naprawdę niewielkie. Wtedy pojawia się irytacja, zniecierpliwienie, “zrzędzenie”, podniesiony głos. To z kolei wprowadza nerwową atmosferę, która udziela się wszystkim, a wtedy już naprawdę nie trzeba wiele, żeby wywołać “burzę”.

Wniosek z tego jest taki, że aby móc być dobrym dla innych, musimy pamiętać o sobie. Wiem o tym, że czasami (zwłaszcza mamom) trudno jest znaleźć przestrzeń na zadbanie o siebie. Warto pamiętać, że każda potrzeba może być zaspokojona na wiele różnych sposobów. Jeśli jeden jest niemożliwy do wykonania, spróbujmy znaleźć dla niego godne zastępstwo. Czasem zwykłe przytulenie, czy dobre słowo może zdziałać więcej niż jakieś wymyślne formy relaksu. Wiąże się to także z tym, że warto nauczyć się prosić o pomoc i wsparcie. Bo swojego “kubeczka” wcale nie musimy napełniać sami 🙂

Jeśli z zaciekawieniem przeczytałaś/eś ten artykuł, pomóż mi proszę trafić z nim do większej ilości czytelników. Będę wdzięczna za każdy komentarz, polubienie na FB/IG oraz udostępnienie. Bez tej aktywności odbiorców, trudno jest przebić się przez internetowe algorytmy. Dziękuję z góry!

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *