Kraina Bliskości

Dziecko jest dzieckiem, a ja…. tylko człowiekiem

Wydawać by się mogło, że ktoś, kto udziela innym porad na temat wychowania dzieci, dzieli się swoją wiedzą i doświadczeniem, powinien świetnie ogarniać “własne podwórko”, błyszczeć przykładem i uchodzić za wzór do naśladowania. 

Wydawać by się mogło, że wszelkiej maści specjaliści od wychowania dzieci (psycholodzy, pedagodzy, terapeuci itp.) mają łatwiejsze zadanie do wykonania, bo na co dzień pracują z dziećmi, znają różne metody, tricki, mają wiedzę i spore doświadczenie, więc własne dzieci nie powinny sprawiać im trudności. Często wręcz uważamy, że dzieci specjalistów, to ich “wizytówka” – coś, co ma potwierdzać ich skuteczność w pracy. Zdarza się, że obserwując zachowanie tych dzieci, krzywimy się mówiąc, że… “szewc bez butów chodzi”.

A ja dziś chciałabym nieco odczarować te przekonania i pokazać Wam, że…to nie jest takie czarno-białe.

Dzieci specjalistów też są dziećmi. Normalnymi dziećmi. Nie robocikami, nie ideałami “na wystawę”. Doświadczają takich samych trudności rozwojowych jak wszystkie inne dzieci, mają swoje potrzeby, emocje, oczekiwania, kiepskie dni. Tak samo jak innym dzieciom, brak im jeszcze zdolności do samoregulacji, do wyrażania emocji w sposób akceptowany przez otoczenie, brak m strategii radzenia sobie z tymi emocjami.

Specjaliści to zwykli ludzie. Tacy, którzy mogą mieć gorszy dzień, tacy, którym może brakować zasobów, tacy, którzy pod wpływem emocji – jak większość ludzi – uruchamiają najbardziej znane schematy działania (często takie, jakich doświadczyli, gdy sami byli dziećmi), tacy, którym zdarza się krzyknąć i powiedzieć lub zrobić coś, czego później żałują.

Prawda jest taka, że o wiele, wiele łatwiej jest wesprzeć innego rodzica, doradzić mu, pokazać pewne zależności dotyczące zachowań, reakcji jego i jego dziecka, gdy na sytuację patrzy się z boku. Gdy nie jesteśmy w nią zaangażowani emocjonalnie. Gdy możemy na spokojnie przeanalizować, dopytać, posprawdzać, przedyskutować różne możliwości. Kiedy zaś sytuacja dotyczy nas bezpośrednio, dochodzą silne emocje, często brak zasobów, albo presja otoczenia, to nawet lata studiów, oczytanie, ogromne doświadczenie, nie gwarantuje, że zachowamy się tak, jakbyśmy mogli to sobie zaplanować. Niestety…

W czym pomaga mi wiedza i doświadczenie?

  • Wiem, jakie zachowania są typowe dla danego okresu rozwojowego. Nie dziwi mnie to, że 8-miesięczniak chce być w kółko na rękach, nie dziwi to, że 2-latek zrobi wielką awanturę o kolor kubeczka, ani to, że 4-latek będzie chciał wszystkimi rządzić i ustalać swoje własne zasady.
  • Gdy mam tą wiedzę, łatwiej jest mi ze spokojem podejść do tych trudnych zachowań, nie zamartwiać się, nie szukać magicznych sztuczek, jak się tych zachowań pozbyć. Wiem, że one muszą się wydarzyć, żeby dziecko mogło “wskoczyć na wyższy poziom” rozwoju.
  • Jest mi łatwiej patrzeć na dzieci z łagodnością i zrozumieniem – nie wmawiać sobie, że są źle wychowane, że rozpuszczone, że niekulturalne. Nie myśleć o nich w kategoriach wymuszaczy, terrorystów czy “niegrzecznych bachorów”. To z kolei powoduje, że mam więcej spokoju i cierpliwości w sobie, dzięki czemu moje reakcje częściej są adekwatne do sytuacji, a nie podyktowane emocjami.
  • Znam pewne sposoby (komunikacja, profilaktyka), które mogą mi pomóc ograniczyć ilość lub intensywność tych trudnych zachowań, co jednak wcale nie oznacza, że moja rodzina żyje sielankowo 😉
  • Wiem nad czym powinnam pracować, żeby stawać się lepszą mamą, wiem kiedy zawalam i kiedy wypadałoby przeprosić.
  • Miałam do czynienia w życiu z wystarczającą liczbą dzieci, by móc stwierdzić, że widziałam i doświadczyłam już wiele jeśli chodzi o zachowania dzieci, ale jednocześnie, że są to istoty tak różne i niepowtarzalne, że do tej pory potrafią mnie zaskakiwać 🙂

Co utrudnia mi bycie tzw. specjalistą?

  • Pojawianie się natrętnych myśli, że ciągle jestem oceniana przez pryzmat mojego zawodu – ja i moje dzieci. Że ktoś zobaczy jak moje dziecko wrzeszczy na cały plac zabaw, bo nie zgodziłam się nieść go na rękach do domu. Że ktoś usłyszy jak ja krzyczę, albo bezmyślnie palnę: “o co znowu ryczysz?”. Że ktoś się zbulwersuje, bo moje dziecko nie powie “dzień dobry” albo “dziękuję”. Zajęło mi trochę czasu poukładanie sobie w głowie, że nie na wszystko mam wpływ, że zarówno dzieci, jak i ja sama, jesteśmy tylko ludźmi. I nigdy nie będziemy idealni. Że to jakie są moje dzieci, jest wypadkową wielu czynników. I to nie jest moja “wizytówka”.
  • Taka presja i świadomość bycia obserwowanym i sprawdzanym (czy i jak sobie poradzę), często powoduje, że próbujemy być bardziej stanowczy, surowi, chcemy pokazać, że nie dajemy sobie wchodzić na głowę i… przez to zachowujemy się zupełnie nie tak, jak byśmy chcieli, czy jak doradzilibyśmy innemu rodzicowi.
  • Rozważania na temat tego, co i jak będzie wpływało na moje dzieci, ciągłe analizowanie tego, co powiedziałam, jak powiedziałam, a także tego jak dziecko zareagowało. Czasami “kopuła paruje” 😉

Ach, gdyby takie proste było zastosowanie teorii w praktyce! 

Ach, gdyby sama wiedza o rozwoju i wychowaniu dzieci dawała gwarancję, że w trudnej sytuacji emocje nie wezmą góry, że się nie wkurzę, że będę potrafiła zachować się zgodnie ze swoimi poglądami 🙂

Także Drodzy Rodzice!

Jestem z Wami! Też miewam wpadki. Ostatnio dość często niestety (zaawansowana ciąża, okrutne upały, choroby dzieci – to nie ułatwia sprawy). Też mam wyrzuty sumienia. Znam dobrze to uczucie, kiedy już brakuje sił i chciałoby się wyjść i nie wrócić 😉 To część naszego życia.

Ale nie poddaję się 🙂 Ocieram pot z czoła, łzy z oczu, przepraszam, tulę i idę dalej. Z nadzieją, że następnym razem uda się zadziałać lepiej 🙂

Jeśli z zaciekawieniem przeczytałaś/eś ten artykuł, pomóż mi proszę trafić z nim do większej ilości czytelników. Będę wdzięczna za każdy komentarz, polubienie na FB/IG oraz udostępnienie. Bez tej aktywności odbiorców, trudno jest przebić się przez internetowe algorytmy. Dziękuję z góry!

Fot. Austin-Pacheco-Unsplash

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *